piątek, 20 lipca 2012

Nie rozpieszczaj matko.


Od wieków stereotypowa para to starszy mężczyzna i młodsza kobieta, kiedyś nawet pięćdziesiętnioletni mężczyźni poślubiali trzynastoletnie dziewczynki. Wynika to oczywiście z teorii niewyssanej z palca lecz wygłoszonej przez naukowców, którzy twierdzą, że mężczyźni, nie ze swojej winy tylko z powodów czysto biologicznych, rozwijają się mentalnie nieco dłużej i wolniej niż kobiety. 26-letni facet może zacząć dorównywać pod względem inteligencji emocjonalnej 20-letniej kobiecie. Oczywiście nie uogólniam i nie szufladkuje pojedynczych przypadków z całą resztą. Z reguły jednak kobiety wolą wiązać się ze starszymi mężczyznami a mężczyźni z młodszymi kobietami (w tym przypadku wynika to bardziej z pobudek seksualnych) dlatego, że takie pary, teoretycznie, dogadują się najlepiej, ponieważ różnica wieku 4-8 lat idealnie wyrównuje różnice w rozwoju psychicznym a nie jest przesadnie zauważalna fizycznie. Co powiecie jednak na związki, szczególnie modne ostatnimi czasy, kiedy to kobieta jest starsza, i to zauważalnie? Desperackie przywoływanie młodości? Może w przypadku Madonny. Co jednak z kobietami w wieku 24, 25, 28 lat, które spotykają się z chłopcami (no tak, niestety jeszcze tak) w wieku 17, 18, 20 lat? 25-latka, która tak naprawdę jeszcze dobrze się nie przywitała z młodością, nie musi uciekać się do alternatywy operacji plastycznej w formie młodszego faceta. Co pociąga 27-latkę w 20-latku? Niepełny zarost? Świeżo pachnące i jeszcze ciepłe świadectwo ukończenia szkoły? Niespełnione ambicje pedagogiczne? Szczerze mówiąc, jako kobieta w wieku zbliżonym do wyżej wymienionych, nie mam pojęcia. Według mnie mało który facet w moim wieku jest na tyle rozwinięty, żebym mogła wymieniać z nim myśli na poziomie nie upokarzającym żadnej ze stron. I wcale nie próbuję tutaj SUPERyzować kobiet i porównywać mężczyzn do szympansów. Nie mówię ogólnie, chodzi mi o typową, zwykłą, podręcznikową randkę. A czego sobie nie wyobrażam w ogóle to takowej wymiany myśli z chłopakiem młodszym ode mnie (oczywiście za jakies 10 - 15 lat różnica 3-4 lat w przypadku wiekowej (i nie tylko;)) dominacji kobiety nie będzie zauważalna). Co więc mają w sobie ci chłopcy, że tak wiele młodych kobiet coraz częściej decyduje się im "matkować"?
 Chodzi głównie o to, że każdy chłopak/facet/mężczyzna we krwi ma goryla a co za tym idzie nieustannie próbuje udowodnić kobiecie swoją męskość, chce być dla niej silnym i opiekuńczym samcem, nawet nie ze względu na nią tylko na siebie, żeby sam przed sobą czuł się wielki (czasami to w ramach rekompensaty za braki biologiczne). Myślałam, że w związku kiedy to kobieta jest starsza facet tym bardziej ze wszystkich sił stara się być odpowiedzialnym, męskim gościem, żeby ani on ani jego partnerka nie odczuwali podświadomie tej dzielącej ich różnicy wieku. Otóż, moi mili, okazuje się, że jednak nie. Moje obserwacje wykazują, że kiedy on ma lat 18 a ona 25 to nie on stawia gofry na romantycznej przechadzce po parku obok kawiarni, to nie on otwiera jej drzwi od klatki schodowej, to nie on wnosi jej ciężkie zakupy i to nie on po nie chodzi, to nie on wynosi śmieci i wychodzi z jej psem i to nie on lata koło niej kiedy boli ją brzuch. Nie, nie, nie. To ona kupuje mu loda, bo on przecież nie zarabia, to ona wokół niego biega kiedy tego boli głowa, ręka, noga, to ona chodzi po zakupy, z których potem robi mu obiad i to ona bierze worek śmieci w jedną rękę a psa w drugą kiedy to on siedzi na kanapie grając w  X-boxa z gębą pełną chipsów. Dlaczego kobiety ostatnio coraz częściej wariują na punkcie gówniarzy z nieogoloną jeszcze ‘piczodrapką’? Bo są tacy słodcy! I tacy słodcy! A jacy słodcy! A oprócz tego, że tacy niewinni to jeszcze słodcy! Słodcy i jeszcze jacy romantyczni! Przesłodko romantyczni! I chętni do wszystkiego! I tacy energiczni! I słodcy, i nawet romantyczni! A ja zapytam: a jacy mają być tacy chłopcy? W wieku 30 lat już nie będą ani słodcy, ani energiczni, ani romantyczni a już na pewno nie niewinni. Będą zmęczeni i wkurwieni po pracy a romantyzm będzie znaczył tyle co epoka w literaturze. A te kobiety od młodego ‘wychowają’ sobie facetów, których w przyszłości wymaganiom nie będą w stanie sprostać. I wtedy na ich miejscu zdecydowanie wybrałabym botoks i kwas hialuronowy zamiast alternatywy w postaci rozwydrzonego już nie gówniarza.;)

środa, 14 marca 2012

Gossip Girl here, your one and only source into the scandalous lives of manhattan's elite.

Plotka jest definiowana w słownikach językowych jako niesprawdzona lub kłamliwa pogłoska, powodująca utratę dobrego wizerunku osoby, której dotyczy, a plotkowanie jako robienie, rozpowszechnianie plotek. (wikipedia.pl)
Na pewno wielu z Was miało okazję zobaczyć kiedyś chociaż odcinek jednego z najpopularniejszych amerykańskich, nieco bananowych seriali "Gossip Girl". Jak wiadomo tytułowa bohaterka jeszcze nie ukazała się na wizji a jedyne co robi to zbiera i miesza plotki tak, by wywołać sensację i przykuć na siebie uwagę mieszkańców Manhattanu. Manhattanu to my tu nie mamy za to gossip man jest tu niejeden. Wyobraźcie sobie sytuację, że dzieje się w czyimś prywatnym życiu coś całkiem banalnego a ktoś coś dodaje i w takiej oto ubarwionej wersji wysyła w świat robiąc z tego niemałą sensację a w okół siebie zamieszanie. Ale to zaraz. Każdy był kiedyś, przynajmniej raz w ciągu życia, obiektem plotek i drwin i nikt mi nie powie, że nie - nawet najbardziej szare i bezbarwne istoty, które nie wyróżniają się niczym z tłumu. Jest tak bowiem dlatego, że to nie od nas zależy czy będziemy ofiarą pogłoski czy pomówienia tylko od samego źródła, czyli osoby wypuszczającej plotkę. Prawda jest taka, że możesz siedzieć w domu przez pół roku a jeśli ktoś chce z Ciebie zrobić ‘gwiazdę’, to zrobi ją bez Twojej pomocy (jaką ewentualnie mogłoby być Twoje bezpruderyjne zachowanie bądź niecny postępek). Nie wiem co mam w sobie takiego, ale bardzo często jestem ‘na językach’, a za bardzo się o to nie staram, believe me or not. Zaczęło się od gimnazjum (w podstawówce ludzie byli zbyt cnotliwi i niewinni, albo po prostu ich wyobraźnia nie była na tyle rozwinięta). O czym plotkowało się w gimnazjum? Hmm, że ktoś tam zakochał się w kimś tam, że ten pisze do tej, że ta popłakała się przy tablicy. Niby nic a tak to wtedy bolało, pamiętam te dni, kiedy wstydziłam się iść do szkoły, ‘bo wszyscy będą się patrzeć, bo wszyscy na pewno wiedzą’. O ironio losu!! Gdybym wtedy wiedziała jak kiedyś będzie się o mnie mówić nawet bym się nie zorientowała, że coś jest na rzeczy. Potem liceum. No, w liceum już było trochę ‘ostrzej’: tamten jest z tą a spotyka się z tamtą, tamta ukradkiem wypisuje z tym, przyjaciółki nierozłączki pokłóciły się na zawsze, ona go zdradziła, on ją uderzył, ona się ‘najebała’ etc. To normalne, wchodzi się w bardziej ‘dorosłe’ grono, powoli żegna się z cnotą, tu się popala, tam się popija. Człowiek się tłumaczył, czasem może popłakiwał, spać nie mógł, bo jakiś kretyn nie miał nic ciekawego do powiedzenia na pierwszej randce więc objechał Ci dupę. W każdym razie, opuszczając liceum i małomiasteczkowe klimaty oczekiwałam, że żyjąc w dużym mieście, spotykając się z dorosłymi ludźmi, studiując z tymi inteligentnymi nikt mnie już nigdy nie zaskoczy opowieścią czego to ja niby nie zrobiłam. Ale myliłam się, to znaczy w pewnym sensie oczywiście. Faktycznie, tutaj nie miałam okazji usłyszeć na swój temat nic wymyślonego. Jednak zdumiewa mnie fakt, że mimo, że na co dzień siedzę w prawie że metropolii to w moim rodzinnym miasteczku wciąż się o mnie mówi!! WOW, to daje mi do myślenia: albo za mną tęsknią, albo jestem tam naprawdę wielką osobistością, albo mam surogata, który jest jakoś źle zaprogramowany i robi wiochę (choć nie mam żalu, bo robot to tylko maszyna). Oczywiście porównując do czasów gimnazjalno-licealnych dziś ploty roznoszą się na większa skalę niż klasa czy szkoła jednak W OGOLE I KOMPLETNIE się tym nie przejmuję, nawet czasem się z tego pośmieję, w sumie zawsze się z tego śmieję. Problem jednak polega na tym, że niektórzy dorośli już ludzie, ludzie, którzy nawet pokończyli studia (choć ciągle zastanawiam się jakim cudem), są w stanie obsmarować komuś tyłek nawet nie na podstawie jakiegoś zaistniałego faktu, tylko na podstawie własnej, rozbudowanej a jednak kiepskiej, wyobraźni. Przyznajcie, że to trochę kiepskie: z jednej strony być wyluzowanym ziomeczkiem a z drugiej wymyślać jakieś pseudosensacyjne plotki i bazować na nich przez rok dopóki już nikt nie będzie mógł tego słuchać a po roku wymyślać nowe osobliwe przypadki i podpinać je do nowej ofiary. To przykre, że coś tak kompletnie nieinteresującego dla Ciebie i dla wielu innych osób może być tak ciekawe dla Gossip maker’a. Co musi być nie tak z kimś dla kogo wygrzebywanie brudów z Twojej odległej, niezwiązanej z nim przeszłości lub tworzenie nowych brudów jest ciekawsze niż życie własnym życiem. Taaa, to nieco przykre, że czasem w wieku 24, 25, 26 lat można po cichu uważać kogoś za ciekawszą osobę od siebie a jej życie za lepsze i pełniejsze wrażeń. Albo po prostu być zazdrosnym i bawić się w Gossip Girl.

czwartek, 8 marca 2012

SKARŻYPYTKI u spowiedzi.

Znacie słynny wierszyk Jana Brzechwy „Skarżypyta”?? Jasne, że znacie. „Piotruś nie był dzisiaj w szkole, Antek zrobił dziurę w stole, Wanda obrus poplamiła, (…) Któż się Ciebie o to pyta? Nikt. Ja jestem skarżypyta!” To jedna z pierwszych rymowanek jakie kiedykolwiek recytowaliśmy wszyscy chórem już w przedszkolu! Właśnie – W PRZEDSZKOLU. Niektórym niestety zostało to do dziś. Cóż, może nie do końca mam tu na myśli słowa poszczególnych wersów „Skarżypyty”. Chodzi mi bardziej o pewną manierę, z którą trudno jest się rozstać będąc „absolwentem” przedszkola, później kończąc kolejno gimnazjum, liceum aż do czasów studenckich (kto wie, może później też to nie mija;)). Może samo określenie SKARŻYPYTA nie koniecznie odzwierciedla to co mam na myśli. Wytłumaczę. Od dawna mam do czynienia z osobami (uściślając koleżankami), które mają problemy z pohamowaniem odruchu plotkarstwa, nie jako plotkarstwa samego w sobie. Przechodząc do konkretów, strasznie irytuje mnie problem z trzymaniem języka za zębami. Są czasami tematy, które porusza się tylko z bliskimi osobami, prawda? Więc jeśli idziesz do przyjaciółki ponarzekać na chłopaka, który notorycznie Cie drażni, obgadać rodziców, czy cokolwiek innego nie odczuwasz potrzeby, żeby za każdym razem mówić: TYLKO NIE MÓW NIKOMU, bo naturalne wydaje Ci się to, że przyjaciel umie zachować co nieco dla siebie. ALE, JEDNAK I LECZ: NIE, NIE UMIE. Nie mówię, że każdy nie umie, bo większość moich koleżanek nie ma z tym problemu. Są natomiast i te, które z każdą, nawet najintymniejszą TWOJĄ sprawą lecą do CHŁOPAKA, MAMY lub innej koleżanki. For God’s sake! Dlaczego? Znajdźcie sobie pudełeczko, albo skrzyneczkę, najlepiej na kluczyk, i to co „musicie” wygadać napiszcie na małej kolorowej, może być nawet pachnącej, karteczce i wrzućcie do środka! Rozumiem, że niektóre sekrety potrafią być tak ‘wielkie i poważne’, że sprawiają wrażenie jakby ciążyły na klatce piersiowej uniemożliwiając oddychanie, ale SEKRET TO SEKRET i kropka. Czasem wydaje się, że łatwiej będzie jak się podzielisz cudzą tajemnicą z osobą zaufaną, ale UWAGA: „zaufany” to rzecz względna. Powiesz komuś, komuś się wymsknie a następny nie będzie się nawet wahał, żeby to rozpowiedzieć uznając to za świetna famę i sensację, której żal nie rozpowiedzieć. I tak oto rodzą się plotki, które „przypadkowo” wychodzą z ust Twoich najbliższych. Dla mnie to jest wiocha i żenada. Zwłaszcza jeśli chodzi o spowiedź ‘w parach’, czyli: ‘kochanie, mówmy sobie o wszystkim (nawet o najobrzydliwszych sekretach przyjaciół)’. Taka postawa w związku jest ostatnio szczególnie trendy. Nie mam pojęcia dlaczego niektórzy są przekonani, że skoro szczerość jest podstawą w związku to nie ma rzeczy, którą można by zachować dla siebie. Ja, na przykład, nie mam z tym żadnego problemu. Nie urządzam ani swojej mamie, ani chłopakowi przedstawienia z cyklu: „Wszystko, czego dziś się dowiedziałam/Wszystko, czego nie powinnam Ci powiedzieć”. Nawet nie dlatego, że mnie nie kusi, tylko dlatego, że ICH TO NIE INTERESUJE. Mój facet wzruszyłby ramionami i spojrzał się na mnie jak na idiotkę, która plecie coś do niego po ‘babsku’, czyli w języku, którego nigdy nie zrozumie a to co moja koleżanka przeżywa teraz w związku, czy kogo poznała, etc uważa za rzecz zbędną i automatycznie wyrzuca to ze swojej świadomości. Nie, żebym się przejmowała, raczej wzbudza to we mnie śmiech, tym bardziej, że potrafię oddzielić sprawy, które mogę komuś zdradzić i komu i których nie mogę, i komu. Tak więc pełna zirytowania żałosnym ‘pseudopsiapsiółkowaniem’ umieszczam tu tę notkę jako przestrogę dla tych skarżypyt, które chodzą do „spowiedzi” regularnie, żeby nie zdradzały grzeszków swoich koleżanek, bo nie na tym spowiedź polega.;]

poniedziałek, 30 stycznia 2012

nie HIPSTERYZUJ!

Kurcze... kurczeeee!!! Mam olbrzymi problem. Domyslam sie, ze z zewnatrz tego nie widac, bo nie ubieram sie vintage, nie mam stylowej fryzury itp, ale sam przylapalem siebie na tym, ze jestem HIPSTEREM! Boze, tylko nie to:( Nie chce byc jakas tam etiuda bananowej mlodziezy, ktora mysli, ze jest spoko, bo cale zycie chodzi w trampkach i wszystko wie najlepiej. Jednak z drugiej strony, nie mam wplywu na to co mi sie podoba, a co nie...
Od kiedy pamietam, zawsze w moim zyciu pojawialo sie cos wyjatkowo, co napawalo mnie przeolbrzymia radoscia. Cieszylem sie, ze moge to podziwiac i rozwijac sie dzieki temu. Harry Potter... o prosze! Wiem, ze to smieszny przyklad w ustach( tzn. dokladnie to pod opuszkami palcow) 22letniego kwiata, ale czytalem to jeszcze jak bylem w podstawowce. Z racji tego, ze od dziecka nie mialem problemu z dostepem do ksiazek, bylem w trakcie walkowania 4tej czesci "Harry'ego" kiedy to stal sie popularny w mediach i dostepny w kazdej ksiegarnii. Wszedzie o tym trabili! Bil rekordy popularnosci! Pojawil sie pomysl ekranizacji, byly spotkania z J.K. Rowling. Wszyscy o tym mowili! Zagoscilo we mnie uczucie, ktore miewam do dzisiaj. Boze, w jednej chwili znienawidzielm te ksiazke i rzucilem ja w kat - do dzis tam lezy. Cos co bylo wyjatkowe, sprawialo mi przyjemnosc stalo sie nagle WSZYSTKICH, nie tylko moje... Nie umialem sobie z tym poradzic.
Nastepnie byla kultura hiphop. Szukalem swojego miejsca w tamtym swiecie. Probowalem robic wrzuty(choc ciezko to tak nazwac, ale podjarka byla), jezdzilem na rolkach, probowalem swoich sil na rolkach i hulajnodze. Slucham jednak rock'a i hardcoru. Chodzilem w czapeczce, koszulach krate, bluzach z kapturem, plaskich butach i spodniach zazwyczaj szerokich. Szalalem na punkcie Limp Bizkit. Od starszych kolegow zaczalem zarazac sie muzyka rap... 2pac, kaliber, wzgorze... Zarazilem sie tym. Nagle znow naplynal tlum, niewiadomo skad, wszedzie pisali o hiphopie nawet w "Brawo" byl slowniczek hiphopowego slangu! BOZE CO ZA ZENADA - myslalem sobie. Ja poznawalem ten swiat sam, z pomoca starszych kolegow, ktorzy mozna powiedziec tworzyli w naszym miescie stara szkole, a tu taki cios! Nagle zwykle lamusy z klasy stawaly sie hiphopowcami! Nigdy nie zapomne, jak przez wszystkich lubianych, kolega z podstawowki (o wdziecznej urodzie z zenskimi chromosonami:) przechwalal sie na przerwach, ze byl w lokalnym klubie na koncercie PEJI. Opowiadal, ze byl tam taki podescik dla 'mlodych skejcikow' i on na nim byl i robil tak(pokazywal jak machal reka). Bylem wtedy w 6tej klasie, ale ubaw byl po pachy, nawet teraz jest:P Kolejna sprawa - muzyka... jestem pierdolonym melomanem! Kiedys prowadzilem nawet forum, ktore pewnego miesiaca bylo w pierwszej 10siatce w rankingu FTB.PL . Wszystko bylo pieknie, poswiecalem temu kazda wolna chwile. Studiowalem temat muzyki HOUSE wszedzie gdzie bylo to mozliwe. Nie tylko bylem na biezaco, ale znalem cala historie, praktycznie wszystkie znaczace wytwornie i wykonawcow. Po prostu bylem pierdolona baza danych. Oprocz tego sledzilem najnowsze release'y, sciagalem je i uploadowalem na forach (oczywiscie mialem swoje forum, ale dzialalem tez na innych) korzystajac z lacza... UWAGA... 128/64 - wyobrazacie sobie??:) Pojawil sie jednak natlok innych obowiazkow, praca, dorabianie, nauka, sport... niestety musialem oddac mojemu wspolnikowi piecze nad forum. Mimo tego, staralem sie "plywac w zupie" i co jakis czas przesluchiwalem chociaz nowosci. W tej chwili, gdy patrze na to z perspektywy czasu - nie moge uwierzyc co sie stalo i jak mocno to sie popsulo! Muzycznych lamusow wyroslo wiecej jak grzybow po deszczu! A najlepsze to, ze 'sciagaczami' i pseudo dj'ami jaraja sie wszystkie ciemnoty! Natomiast ta muzyka, ktora proponuja jest beznadziejna!(przepraszam, 1 kawalek na 10 jest spoko). Maja sie za niewiadomo kogo, nie majac pojecia o tym kto byl przed nimi, i jaka historie ma ta muzyka! Nie sztuka jezdzic jest na kazdy event, albo sciagac wszystko co popadnie. Trzeba nabrac takiego obycia... Osobiscie, uwazam, ze tak musialo byc. Dzieki temu teraz doceniam kazda muzyka i interesuje sie kilkoma gatunkami. Te wydarzenia otworzyly mi oczy i jestem wdzieczny, poniewaz wczesniej bylem slepy... Moze to kwestia wieku - nie wiem. Teraz moj najlepszy temat... MMA!!! Nie wspominam juz o kulturystyce, odzywianiu, suplementacji, dopingu, bo te tematy ucichly, ale MMA! JENY! To co media zrobily w Polsce... KSW... Kiedy nikt o tym nie slyszal, kiedy ludzie mysleli ze kickboxing to K1, a mma to nielegalne walki w klatkach. Ja zapierdalalem 3 razy w tygodniu na salke z goscmi starszymi o 20 lat i wazacymi 40 - 50 kg wiecej. Nie zebym sie zalil - bylo zajebiscie, cudowne lata mojego zycia. Forme mialem taka, ze kondycyjnie i psychicznie moglem zmierzyc sie z kazdym. Wiadomo brakowalo jednak masy, sily. Technika byla taka, jaka mozna wycwiczyc przez 3 lata. Do tego duzo biegalem - naprawde duzo 10 - 20 km, 3 razy w tygodniu - reszta dnia przebiezka 7 km. 3 razy w tyg silownia. Dieta, odzywki - nie widzialem swiata poza tym. Jednak ta dyscyplina nie byla tak rozwinieta... w moim malym miescie malo kto o tym slyszal, uczylem sie tego od starszych kolegow, ktorzy trenowali w klubach, z internetu, czasem zdarzyl sie wyjazd na seminarium. Ja juz wtedy znalem legendarne walki, najbardziej znane federacje i zawodnikow. Stalo sie jak sie stalo, troche zboczylem z toru, pozniej wypadek. Odpuscilem sport, nie moglem sie zebrac do kupy. Jednak do dzis pamietam ile kosztowalo mnie to wyrzeczen, godzin pracy, zmeczenia i litrow potu.
Do TV weszlo KSW i PUDZIAN... na ulicach dzieciacki w bluzach MMA(takie z ryniacza noname'y). Kluby zapelnione zawodnikami ze slomianymi zapalami. Nagle wszyscy znawcy sztuk walk, kazdy jeden lamus trenuje i wypisuje na FB "ALE PUDZIAN GO ZLAL" - ZENADA. Az mi smuto gdy to pisze...
Czesci kolejna mojej wielkie rozkminy jest... znow muzyka! Teraz jednak spojrze na nia pod innym kontem. Nie lubie siebie za to, ale mam tak, ze podoba mi sie jakis kawalek... bardzo mi sie podoba, dotyka wrecz mojego serca... staje sie popularny i nagle go nienawidze. Nie wiem czmeu tak jest... Czy to moze byc zazdrosc? Nie chce byc hipsterem...
Chcialbym zaznaczyc, ze w zadnych z tych dziedzin nie bylem jakims sensei, ale kazda z tych rzeczy pokochalem sam. Media mi tego nie nasunely. Czy to byl "Harry" czy waleczki - sam zdobywalem wiedze i umiejetnosci. A przede wszystkim poswiecalem sie temu w calosci i oddalem swoja dusze za te przyjemnosci. Wkurwia mnie jak grono cweli raptem staje sie wielkimi znawcami, sportowcami i nie wiem jak sie unosza. Wiecej skromnosci KURWA! Nie zapominajcie, ze byl juz tam ktos przed Wami!
Mam nadzieje, ze zrozumiem sam moj syndrom, troche wyluzuje i znow bede mogl sluchac GOTYE...:)

środa, 10 marca 2010

w sidłach "miłości".

chyba kazdy z nas byl przynajmniej raz w zyciu naprawde zakochany, albo mu sie tak wydawalo. w kazdym razie raczej spora wiekszosc spoleczenstwa miala okazje pasc ofiara strzaly amora. sa rozne typy strzał amora: typ 1 - nienaganna idylliczna milosc, zakochani - gołąbeczki, tak slodcy ze doprowadzaja do odruchow wymiotnych, zwlaszcza kiedy obnoszą sie ze swoja miloscia oblizujac nawzajem swoje wargi jak loda wodnego podczas 30 stopniowego upalu; typ 2 - agresywna, namietna, hiszpanska milosc, zakochani - awanturnicy, nieustannie kłocacy sie, wierzący w to ze seks to idealny sposob na dojscie do porozumienia, ze nieporozumienia to sposob zeby sie do siebie zblizyc, a tak naprawde niepasujacy do siebie, w ogole. rozstaja sie zawsze - z reguly bez lez i sentymentow; typ 3 - NIESTETY NAJRZADZIEJ WYSTĘPUJĄCY W SPOŁECZEŃSTWIE - wolna, niezalezna, zdrowa milosc, zakochani - dają sobie duzo przestrzeni, wspieraja sie kiedy tego potrzebuja, kiedy sie nie potrzebuja daja sobie wolne, maja swoich znajomych, swoje osobne i osobiste pasje i sposoby na spedzanie czasu. rzadko mowia o uczuciu, kochaja i ufaja - marzenie i rzadkosc.; typ 4 - więzienna miłość, zakochani - zwykle jedno poddane i uzaleznione od woli drugiego, bossa związku. osoba poddana zwykle nie ma znajomych, nie ma zainteresowan, nie ma czasu dla siebie - w przeciwienstwie oczywiscie do bossa zwiazku - nie ma rzeczy, z ktorej by nie zrezygnowala dla "dobra" zwiazku i partnera, w towarzystwie udaje, wrecz przesadnie opowiadajac o sobie jako tym/tej, ktory/a trzyma w ryzach partnera. milosc nieszczesliwa, choc na sile uszczesliwiana. kazdy z was kolezanki i koledzy moglby znalezc wsrod swoich znajomych takie typy milosci. znana para mojego malego miasteczka - obywatel A. i obywatelka A. ona - bezgranicznie mu oddana i PODdana, pyta o zgode gdy chce gdzies wyjsc ze znajomymi, choc z reguly nie chce, bo bez niego nie moze oddychac. jego znajomi to jej przyjaciele, jej przyjaciele to juz nawet jej znajomi, dla niego obcy, ktorym nawet nie mowi czesc, w ogole czy poznaje? kiedy jest bez niego nawet sie nie usmiecha a o swoim zwiazku wypowiada sie w samych superlatywach, szkoda ze bez wiekszego entuzjazmu. obywatelka zyjaca od rozkazu do rozkazu, nie majaca wlasnego zdania, choc wydajaca sie byc tak silna osobowoscia. on, wieczny piotrus pan, majacy wszystko najgłebiej. traktujacy swoich starych kolegow z podstawowki lepiej niz swoja dziewczyne, zalatwiajacy kazdy problem i niedogodnosc dwoma slowami, ktorych nigdy nie zrozumie: kocham cie. prosze cie obywatelko A. i wszystkich innych ktorzy maja podobnie ciezkie i ciemne klapki na swoich pieknych przezroczach, sciagnijcie z nich te znieksztalcajace rzeczywitosc rozowe soczewki, nie wszytsko musi byc na sile piekne! nie ludziom sie ma podobac! aaaaaaaaaaaaa!!!!!!!

środa, 3 marca 2010

46lat.

and God, I know I'm one.

OPISani.

o drogie dzieci internetu! drodzy potomowie komunikatorow! blisko 88% ludzi w przedziale wiekowym 13-25 lat to szczesliwi posiadacze numerow (gg) czy innych loginow (skype, tlen, itd) w komunikatorach internetowych. fakt, ze pomagaja one nawiazac ciekawe znajomosci, czasem miedzynarodowe, czy szybko i bezplatnie (nie liczac pradu i oplaty za internet) skontaktowac sie ze znajomymi, jest tutaj nieistotny. musze ppisac tu moj kolejny gleboki wyraz zażenowania behawiorem moich kolezanek i kolegow, wiecznie zdesperowanych i pragnacych uwagi i skupienia otoczenia na swoim kolejnym niepowodzeniu milosnym badz jakimkolwiek innym. my tu "gadu-gadu" a opisy uciekaja! czasem kiedy na chwile sie zawiesze, albo przynudze, siadam przed monitorem i wczytuje sie w opisy moich kolezanek i kolegow na gadu-gadu. zaczne od tego ze OBYWATELKA A. od 3 miesiecy informuje wszytskich ze jest niepotrzebna na tym swiecie, sugerujac swoje odejscie (cokolwiek przez to rozumie, moze wyprowadzke do kuala lumpur) i wyrazajac swoja pewnosc ze i tak przeciez nikt jej znikniecia nie dostrzeze! dziewczyno!! ja rozumiem ze zdarzaja sie w zyciu wielkie nieszczescia i ze moze faktycznie cierpisz jak nikt inny, ale PO PIERWSZE: jestes 100% monotematyczna, PO DRUGIE: co kogo to obchodzi? sa ludzie, ktorzy interesuja sie Twoim samopoczuciem, ale jak widac nie ma ich na gadu, gdyby byli juz dawno zapytaliby "co sie stalo? jak mozemy ci pomoc?", a Twoj opis dawno wygladalby inaczej, bo przeciez ile razy moga sie pytac. skoro jednak jest on dalej to nie wzbudza w nikim zadnego wspolczucia, troski i zmartwienia, raczej zal, ironie i zlosliwosc. kolejnym przykladem na idiotyczny opis jest, cytuje: "W Trasie:( :*:*:*.....:*:*:* KoMcIa". WTF??? jestes gejem czy jak? OBYWATELU Ł., Twoje bogactwo jezykowe najpewniej obejmuje takze słowa, przepraszam, słówcia i zwrotaski, jak: focia, daj mi komcia na nk, zaprosze Cie do znajomkuff, loffka, koffam! mysle ze kazdy kto ma to zrozumiec nie potrzebuje dodatkowego komentarza. poza tym what's up dude? no i co z tego ze jestes w trasie? a jak juz jestes to co kogo obchodzi ze jest ci smutno z tego powodu? UWAGA UWAGA! LADIES AND GENTLEMEN! MAY I HAVE YOUR ATTENTION, PLEASE? nie robcie tych smutnych minek w opisach! jesli jest wam przykro i koniecznie musicie podzielic sie tym ze swiatem to zrobcie to w jakis mniej przedszkolny i wzbudzajacy litosc i pogarde dla waszej mentalnosci sposob. znam jeszcze pare takich osob, ktore sa wiecznie smutne, zdesperowane, cierpiące, oczywiscie w opisach, bo kiedy mamy okazje sie spotkac sa dowcipne, zabawne i szczesliwe. a jak juz widze opis: "najszczesliwisi na swiecie bo mamy siebie!! kocham Cie;(;(;(;(" OBYWATELU S. to nie wiem czy mam sie smiac, plakacz czy wyrywac sobie wlosy z glowy. jestes szczesliwy, kochasz i jeszcze ci zle? wiesz jak malo osob doswiadczylo tego uczucia? chociaz ty pewnie tez nie wiesz co mowisz, w ciagu 5 lat nie zmieniles opisu a to juz twoja 3 laska. a oto zbior opisow, ktore lubie, i na ktorcy widok nie robi mi sie slabo, ciezko i niedobrze: "kurwa mac" - konkretnie, dowcipnie (w sumie zalezy dla kogo i od kogo), emocjnolanie, ale nie desperacko. teatralnie, ale nie przesadnie, na pewno szczerze. brawo OBYWATELU T.! nastepnie ":*" badz :* z literka, kazdy wie co oznacza, nie jest wyznaniem niewiadomo jakim, ktorego nie wypada upubliczniac i rozpowszechniac na gg, jest czyms krotkim, tresciwym, wyraza wiadomo co i wiadomo jak. jest ok. to jest dozwolone, calujcie ile wlezie! opis: "cukiereczki" OBYWATELKI M., w sumie nikt za bardzo nie wie o co w nim chodzi, ale.. o to wlasnie chodzi! owa obywatelka nie stara sie, zeby wszyscy za wszelka cene wiedzieli co jej aktualnie przyslowiowo w duszy gra, rzuca haslo, ktore cos znaczy lub nie znaczy nic, chcecie, kmińcie, nie? olejcie. obywatelko M. wielki plus ode mnie! kolejnie: WSZYSTKIE LINKI DOZWOLONE! jak najbardziej: youtube.com, otomoto.pl i tysiace innych! podoba sie wam cos? fajnie ze sie dzielicie. fragmenty piosenek takze! w kazdym jezyku swiata. moglabym pisac jeszcze i pisac i pisac i pisac a to by sie moglo nie konczyc. niestety z przykroscia zaobserwowalam, ze powoli zaczynam scierac literki z klawiatury a troche musi zostac na nastepny raz. powtarzam jeszcze raz: nie irytujcie mnie i pozostalych swoimi nędznymi opisami do cholery. keep in touch (kit^^) carmella.